Obserwatorzy

niedziela, 24 maja 2009

„Newsweek” przeciwko literaturze pozytywnego myślenia i sukcesu

Kto jedynie ma powody, by się kłamstwem odcinać od rzeczywistości? Ten, kto przez nią cierpi. Cierpieć zaś przez rzeczywistość to tyle, co być unieszczęśliwioną rzeczywistością... Przewaga uczuć nieprzyjemności nad uczuciami przyjemności jest przyczyną owej fikcyjnej moralności i religii: przewaga taka stanowi zaś formule dekadencji...

Nietzsche

Kiedy narzekasz, stajesz się prawdziwym „magnesem na szajs”.

T. Harv Eker

Do napisania tego tekstu sprowokował mnie zastępca szefa działu Społeczeństwo i Media tygodnika „Newsweek” (Polska), Tomasz Stawiszyński, który w swoim artykule (współpraca: Bartosz Janiszewski, Maja Gawrońska) pt. „Niebo dla naiwnych” („Newsweek” z 3.05.1009) per fas et nefas i argumentum ad hominem przypuścił atak na tzw. literaturę pozytywnego myślenia i sukcesu. W szczególności na dwie osoby: Rhondę Byrne i Osho.

Tekst Stawiszyńskiego to nic nowego w Polsce. Przyznam, że zaskoczył mnie tylko fakt, że jest on dziennikarzem „Newsweeka”. Gdyby był redaktorem dziennika, tj. „Naszego Dziennika”, zdecydowanie mniej by mnie to zdziwiło. W USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii, gdziekolwiek tam, gdzie taka literatura zasiała już swoje ziarno przez ponad dwa stulecia, i zdobyła sobie wielu czytelników, Stawiszyński i spółka uznani by byli jedynie za czepiających się ignorantów. I tyle. A „Newsweek” nie odważyłby się nawet opublikować im takiego tekstu. Co innego w katolickiej Polsce. Tutaj krytycy literatury pozytywnego myślenia i sukcesu chcą uchodzić za krytycznych intelektualistów (katolickich przecież), których musi drażnić taka „pseudoduchowa papka, którą wciska się naiwnym i zagubionym braciom w Chrystusie”. Zapewne, ci wszyscy intelektualiści spod znaku Maryi zawsze dziewicy, chcieliby, by zachwycała nas inna zgoła, bo prawdziwie „religijna literatura”, np. 5 001 pozycja z serii: „Karol Wojtyła największym w historii Polakiem był”, czy kolejna z serii „filozoficznej”: „Anioły w wizjach św. Tomasza z Akwinu”, bądź – (prawdziwie) sensacyjnej - „Szatan kryje się w masońskiej loży”. Za to po książkach Rhondy Byrne i Osho mogą oni sobie w Polsce bezkarnie jeździć do woli, nawet w wielkonakładowych tygodnikach... Bo nikt przecież w tak dogłębnie skatoliczonym kraju nie posądzi ich o obrazę jakichkolwiek uczuć.

I ja na co dzień często słyszę opinie, że gdzie jak gdzie, ale w Polsce w ogóle nie sprawdzają się wskazówki autorów książek poświęconych sukcesowi finansowemu. - To literatura dla naiwniaków, próbujących przenosić na nasz grunt amerykańskie pomysły – zdają się przekonywać pseudointelektualiści rozmiłowani w zgoła innej literaturze. - Kiyosaki może jest dobry na warunki amerykańskie, ale w Polsce jego wskazówki w ogóle się nie sprawdzają - słyszałem i takie zdanie. Zdziwiło mnie to, bo jego książki w dużym stopniu ukształtowały przecież moje widzenie świata biznesu i finansów; moje życie, a przecież nie jestem Amerykaninem - żyję tutaj, w Polsce. Zastanowiło mnie, dlaczego oni tak myślą? Może im coś w życiu nie wyszło i próbują poprawić sobie samopoczucie wypowiadaniem tak nieprawdziwych opinii? Oszukują jednak samych siebie. Bo przecież gdzieś w Polsce, a nie jakiejś Ameryce, wyrośli ci wszyscy drobni (przecz tym określeniem!) i więksi przedsiębiorcy, którym na co dzień pomaga literatura pozytywnego myślenia i sukcesu; książki takich autorów, jak Frank Bettger, Anthony Robbins, Brian Tracy, czy wspomniany już wcześniej, Robert Kiyosaki i Sharon Lechter. Z tak pesymistyczną i ignorancką postawą wielu moich rodaków (którą charakteryzuje zdanie - wiadomo, że cała ta literatura sukcesu to wielki blef dobry dla miernych akwizytorów, dlatego ja nic nie będę czytał z tego rodzaju miernoty intelektualnej) nigdy wewnętrznie nie mogłem się pogodzić. Poza tym tak skrajnie pesymistyczna postawa, reprezentowana przez wielu moich rodaków, oznaczałaby tylko jedno, że w Polsce skazani jesteśmy tylko na klepanie biedy, modlitwy o cnotliwe ubóstwo, i nic więcej. A prawdziwym bogactwem i luksusem możemy zachwycać się jedynie oglądając amerykańskie seriale w rodzaju „Dynastii” i „Mody na sukces”. Bo przecież prawdziwe bogactwo i luksus w ogóle nie pasuje do Polaka – katolika, w poważnym stopniu kłóci się z wartościami chrześcijańskimi, które do rangi najwyższej cnoty wyniosły... ubóstwo (umysłowe i materialne). W kościołach już od małego słyszymy, że bogaty jest bez wątpienia złym człowiekiem, bowiem „łatwiej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogaty trafi do Królestwa Niebieskiego”; „że dążenie do bogactwa i luksusu jest złem, grzechem, następstwem grzechu pierworodnego (podobnie praca jest karą za grzech pierwszych rodziców!)”, że „Łazarz za życia miał nędzę, ale po śmierci będzie wiecznie szczęśliwy”. Od dziecka i ja nasłuchałem się podobnych „prawd”. Ale będąc już dojrzałym człowiekiem pewnego dnia usłyszałem i zobaczyłem, jak pewien „ojciec” na rekolekcjach transmitowanych przez TV „TRWAM”, przekonywał swoich słuchaczy, że „bogacze to kategoria grzeszników” (tak!). Kto po wysłuchaniu takiego kazania – stroniąc jednocześnie programowo od wszelkiej „bezbożnej” czy „sekciarskiej” literatury pozytywnego myślenia i sukcesu – będzie chciał być bogaty, skoro tylko za to, że się jest zamożnym, miałoby się być wiecznie potępionym?

„Z ambony ganimy pożądliwość... i mówimy o niegodziwych zyskach tak często, że chrześcijanie nabierają przekonania, że... nikczemnością jest posiadanie pieniędzy. Pieniądze to siła – powinieneś wykazać się pewną ambicją, żeby je mieć! Powinieneś, ponieważ będziesz mógł uczynić więcej dobra z pieniędzmi, niż bez nich. Pieniądze pozwoliły wydrukować twoją Biblię, pieniądze pozwalają wybudować kościoły, pieniądze wspomagają twoich misjonarzy, pieniądze opłacają twoich kaznodziei... Zatem mówię – powinieneś mieć pieniądze. Jeśli możesz uczciwie zdobyć majątek... to jest twoim... świętym obowiązkiem zdobyć go. Strasznym błędem wielu pobożnych ludzi jest myślenie, że trzeba być strasznie biednym, żeby być pobożnym”.(The One Minute Millionaire, Mark Victor Hansen i Robert Allen cytują fragment historii Russella H. Conwella z jego książki sprzed stu lat – cytat za T. Harv Eker, Bogaty albo biedny – po prostu różni mentalnie!, Warszawa 2007, s. 80).

W taki jednak beznadziejny sposób od wieków całych programuje się na egzystencję w smętnej biedzie umysły polskich katolików. Nic dziwnego, że tu i ówdzie czyta się i słyszy, że literatura finansowego sukcesu nie trafia w Polsce na podatny grunt (sam coś wiem na ten temat wydając swego czasu czasopismo „Salesman”), że „przenoszenie na grunt polski, do świadomości Polaków metod, które z przyspawanymi na stałe do gęb uśmiechami amerykańscy pseudoodkrywców wcale się nie sprawdzają na polskim gruncie” (oto też wzorcowa niczym z katechizmu wypowiedź typowo po katolicku zaprogramowanego Polaka. Komentarz do jednego z moich artykułów w Internecie). W psychologii nazywa się to negatywną kompensacją (dodajmy - ubogich duchem i ciałem). Na szczęście moje krytyczne myślenie pozwoliło mi wyzwolić się spod, wątpliwego już dla mnie, uroku tych „prawd” tzw. religii objawionej. Ale jakby na domiar złego do tego całego „religijnego wychowania” dochodziło moje wzrastanie w czasach Polski Ludowej. Często o ludziach prowadzących wówczas własnych biznes mówiło się, jakby nie było, cokolwiek pogardliwie - „prywaciarze” (byli też „badylarze”, „koniki”, „cinkciarze”...). Ludzie tzw. prywatnej inicjatywy nie cieszyli się wówczas specjalnym prestiżem społecznym. Co innego, jak ktoś był urzędnikiem państwowym, a nawet ekspedientką w sklepie, która była bardziej szanowana, bo zawsze mogła coś wyjąć spod lady. Konsument w tych czasach nie był „panem”, ale ofiarą systemu; właściwie się nie liczył. Czasy te, na szczęście, minęły już dawno, miejmy nadzieję, że bezpowrotnie. Ale typowo polskie podejście do ludzi przedsiębiorczych i bogacących się w pocie czoła, właściwie nie uległo większej zmianie. Byle inteligent bez pracy, ale po studiach, często z wygórowanymi ambicjami politycznymi, pogardza akwizycją, sprzedażą, uważa takie zajęcia za niegodne człowieka wykształconego. – Wciskać coś komuś? O nie, to nie dla mnie – powtarza. – To mogą robić ludzie bez żadnego wykształcenia. Woli więc zarobić nawet niewiele, ale na stałej, urzędniczej podsadce, i o piętnastej godzinie mieć już pracę z głowy, niż próbować rozwinąć coś własnego, jakiś własny, mały nawet biznes. Wie bowiem doskonale, że o piętnastej nie kończyłaby się jego praca... Tak jednak jesteśmy programowani przez rodziców, państwowe szkoły, kościoły... Nikomu na dobrą sprawę nie zależy na tym byśmy byli wolni, bogaci i szczęśliwi. A oliwy do ognia dolewają tylko zaprogramowani w ten sposób i nadgorliwi dziennikarze świeccy.

W katolickiej Polsce, gdzie od dziecka indoktrynuje się nas, że jest tylko jedna droga i prawda, której na imię Jezus, i jedyna cnota, co zwie się ubóstwo, tym, których z powodzeniem udało się zindoktrynować, trudno jest pojąć, dlaczego taką popularnością cieszy się wśród wielu z nas literatura głosząca idee niewiele mające wspólnego z nauką „syna Bożego”-„Zbawiciela”, i „jego” kościoła. Katolikowi wierzącemu w to, iż prawdziwe życie, zaczyna się dopiero po śmierci, a jedyną księgą, którą powinno się brać na serio jest Biblia, czyli Stary i Nowy Testament, do tego jeszcze może „Żywoty Świętych Polskich” księdza Skargi i „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza á Kempisa, trudno jest pojąć tę „pogańską” pochwałę doczesności, dobrobytu i wolności, jaka znamionuje literaturę pozytywnego myślenia i sukcesu - wyzwoloną spod wątpliwego uroku „odwiecznych prawd” - dodajmy nie z tego świata - religii objawionych. Dla ludzi tego pokroju świat jest tylko miejscem krótkiej egzystencji, grzechu, nędzy, cierpienia i smutku. A to, co „obiecuje ta pogańska literatura” – zwykłą mrzonką, doczesnym niebem na Ziemi dla naiwnych.

Zarzut nr 1

Jesteś w pełni odpowiedzialny za swoje życie, a także za nieszczęścia, choroby i cierpienia.

Stawiszyńskiemu i spółce nie odpowiada takie postawienie sprawy. Przecież łatwiej obarczyć odpowiedzialnością za cierpienia i zło tego świata - Złego, Szatana , Diabła, jak zwał tak zwał, wiadomo, o co chodzi. Natomiast za kreatora nie tylko życia na Ziemi i człowieka, ale i przede wszystkim HIVA trzeba uznać Boga. Wirusa tego Pan powołał do życia, by był jako ten bicz karzący za to, że nie słuchamy jego przykazań – parzymy się z kim popadanie i byle gdzie; a jakiś facet innemu facetowi – co jest przecież obrzydliwe w oczach Boga - nadstawia z rozkoszą pośladki w... męskiej toalecie... Epidemią choroby „szalonych krów”, ukarał nas Pan Bóg, bo wierni chyba niezbyt gorliwie przykładali się do postu; a „świńską grypą”, bo się już tak zeświniliśmy, że gorzej przecież chyba nie można... To wszystko oczywiście nie podoba się karzącemu Panu Bogu, który życzyłby sobie raczej, żebyśmy żyli o bożemu, według jego przykazań - 10 czy – czy jeszcze lepiej- ponad 600, jak wolą chasydzi. Co oznacza m.in. byśmy uprawiali miłość wyłącznie po ślubie i z tą jedną lub jednym, nie pożądali bogactw i zaszczytów tego świata, odrzucili homoseksualizm jako zboczenie, które wcale to a wcale nie podoba się jedynemu Panu Bogu, choć czasem występującemu i w trzech osobach (co innego Zeus czy Jowisz, ale to było dawno i ponoć nieprawda, bo teraz „jest tylko jedna prawda, która nas wyzwoli”: Jezus Chrystus, który przez całe swe doczesne życie z żadnym mężczyzną czy niewiastą nie spółkował, a „jawnogrzesznice” upominał jedynie bez użycia kamienia...).

Jeśli nie my jesteśmy odpowiedzialni za cierpienia i zło tego świata, to kto zatem jest odpowiedzialny? Kto na przykład stoi za dość częstymi wypadkami autokarów z pielgrzymami do miejsc świętych katolicyzmu? Szatan? Zbieg okoliczności, przypadek, los...? A może i to jest przejaw woli Bożej? Najczęściej jednak, prawda jest bardziej przyziemna i prozaiczna, jak się potem okazuje, wypadek spowodował jakiś niewyspany lub niedoświadczony i nieodpowiedzialny zarazem kierowca...

Czy wierzyć Stawiszyńskiemu, że nie jesteśmy w ogóle odpowiedzialni za zło i cierpienia tego świata, które i nas niekiedy dotykają? Wręcz przeciwnie w pełni jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, a często, podkreślam często, nawet za choroby, które nas trapią. Od nas naprawdę wiele zależy!

Nie oznacza to, że wywołujesz te doświadczenia. Ale na jakimś poziomie przyciągnąłeś. Jesteś za nie odpowiedzialny. Nie można stwierdzić, że to dobrze lub źle. Po prostu wykorzystaj te doświadczenia, aby dowiedzieć się więcej o sobie. Oczyść się i wybierz to, czego wolisz doświadczać

Joe Vitale „ Moc przyciągania”.

Zarzut nr 2

We wszechświecie działa uniwersalne prawo – prawo przyciągania.

„Cokolwiek pomyślisz, staje się rzeczywistością. Przyciągasz do siebie zarówno dobre, jak i złe wydarzenia. Krótko mówiąc – wszystko. Co się w twoim życiu dzieje, jest wyłącznie projekcją twojego umysłu. Twoich pragnień i lęków. Wszechświat funkcjonuje na zasadzie: twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Jeśli więc życzysz sobie nędzy, chorób i poniewierki – wszechświat usłużnie zaspokoi te chęci. Jeśli natomiast zażyczysz sobie bogactwa, zdrowia i prosperity – wszechświat równie usłużnie zapewni ci te luksusy” – pisze Stawiszyński, odwołując się do poglądów Rhondy Byrne, australijskiej producentki telewizyjnej (autorki książki oraz filmu pt. „Sekret”). Film udało mi się zobaczyć w wersji polskojęzycznej (znakomita!); film też jest świetny! Podobne idee odnalazłem wiele lat wcześniej u zmarłego w ubiegłym tysiącleciu (1970 r.) Napoleona Hilla. Dla mnie nie było to więc nic nowatorskiego. Jeszcze „w 1908 roku Hill otrzymał od R.L. Taylora polecenie przeprowadzenia wywiadu z milionerem – „królem stali”, Andrew Carnegie’m. Nie wiedział wtedy jeszcze, że ta rozmowa będzie stanowiła punkt zwrotny w jego życiu. Podczas trwającego trzy doby wywiadu, Carnegie zachęcił Napoleona Hilla do sformułowania pierwszej na świecie filozofii osobistego sukcesu życiowego, opartej na zasadach osiągania takiego sukcesu, jakimi posługiwał się sam Carnegie przy zdobywaniu swojej olbrzymiej fortuny. Aby upewnić się co do tego, czy Hill ma odpowiednie kwalifikacje, umożliwiające mu właściwe wykonanie tego zadania, Carnegie zadał mu pytanie, czy ma możliwość opracowania podstaw takiej filozofii, co przecież zajęłoby mu dobre dwadzieścia lat. Napoleon nie wiedział, że Carnegie postanowił dać mu na odpowiedź tylko sześćdziesiąt sekund. Jednak Hill już po dwudziestu dziewięciu sekundach oznajmił, iż podejmie się tego zadania i wykona je. Dopiero potem dowiedział się, że Carnegie ukrywał w dłoni stoper, odliczając czas dany mu do dyspozycji. Gdyby Hill przekroczył minutę, utraciłby zaoferowaną mu szansę, ponieważ Carnegie uważał, iż ludzie powolni w myśleniu są równie powolni w wykonywaniu podjętych decyzji. Spotkanie z 1908 roku stało się początkiem wielkiej kariery pisarskiej Napoleona Hilla. W latach 1919-1920 redagował i wydawał czasopismo Hill’s Golden Rule. W roku 1928 ukazała się ośmiotomowa publikacja, będąca kompilacją filozofii osobistego sukcesu kilkuset wybitnych osobistości. W roku 1933 Hill został doradcą prezydenta Franklina D. Roosevelta. Po rezygnacji z tej funkcji skupił się na pisaniu kolejnych książek. Powołał też do życia fundację, która gwarantowała osiąganie Ostatecznego i Głównego Celu Życiowego. A Ostatecznym Celem Życiowym Hilla było szerzenie Filozofii Sukcesu (Zasad Osiągania Sukcesu) w całym świecie, zarówno wśród obecnej generacji, jak i przyszłych pokoleń. We współpracy z innymi udało mu się wywrzeć wpływ na postawy życiowe niezliczonych rzesz ludzi wszystkich kontynentów. Do tej pory przyjęcie zasad jego filozofii dopomaga różnym instytucjom i jednostkom w motywowaniu ludzi do podejmowania działań w kierunku uzyskania osobistego sukcesu i osiągnięcia pełnej samorealizacji” („Od zera do milionera” Piotr Rosik&Wojciech Rudny).

Swoje spostrzeżenia i złote reguły Napoleon Hill zawarł w książce „Think and grow rich!” (Myśl... i bogać się! Podręcznik człowieka interesu), przetłumaczonej także na język polski; przekazał w niej Trzynaście Zasad Osiągania Sukcesu, wiodących do zdobycia pieniędzy, szczęścia i sukcesu życiowego, pod warunkiem, że czytelnik zechce przedstawione w niej zasady wcielić w życie.

Hill pisze m.in: „Miliony ludzi uważają się za skazanych na ubóstwo i klęskę życiową z wyroku jakiejś tajemniczej siły, nad którą – jak sądzą – nie są w stanie roztoczyć kontroli. Ludzie ci są twórcami swych „nieszczęść” zawinionych przez ich niewiarę, zaszczepioną w ich podświadomym myśleniu i przetwarzającą się w swój fizyczny ekwiwalent” (s. 44). A dwie jego złote reguły brzmią: Postępuj wobec innych tak, jak chciałbyś, by oni postępowali wobec Ciebie” oraz „ Sukces przychodzi do tych, którzy wyznaczają sobie cele i dążą do ich realizacji bez względu na przeszkody i rozczarowania”.

Hill zainspirował wielu ludzi na całym świecie. Wśród nich są m.in. Anthony Robbins, Zig Ziglar, Robert Kiyosaki czy Brian Tracy, którego z pewnością można uznać za kontynuatora misji Hilla. W swojej książce pt. „100 praw sukcesu w biznesie” Brian Tracy pisze, iż prawo przyciągania zostało zapisane w tajnych naukach starożytnych Egipcjan już trzy tysiące lat przed nasza erą. „Jest tak potężne, przekonujące i obejmujące wszystko, że ma wpływ na to, co robisz lub mówisz, a nawet na to, co myślisz lub czujesz. Wszystko, co masz w życiu; wszystko, co przyciągnąłeś do siebie, stanowi skutek twojego sposobu myślenia lub wynika z twojej osobowości. Możesz zmienić swoje życie, ponieważ możesz zmienić sposób myślenia. Możesz zmienić siebie”.

Są nawet popularne porzekadła ludowe, które odzwierciedlają to prawo: „Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”; „Podobieństwa się przyciągają”; „Wszystko, czego pragniesz, pragnie również ciebie”. Tracy zachęca, by „przyjąć jako podstawową zasadę, że jesteś architektem własnego życia, kowalem własnego losu. Nieustannie wpływasz na to, co spotyka cię w życiu, poprzez sposób, w jaki myślisz (...) Jesteś żywym magnesem; niezmiennie przyciągasz do siebie ludzi, sytuacje, okoliczności, które pozostają w harmonii z twoimi dominującymi myślami”.

A jakie są dominujące myśli redaktora „Newsweeka” Tomasza Stawiszyńskiego? Przeczytałem na jego blogu. Oto ich próbka. „Boję się śmierci. Niczego tak bardzo – jak właśnie jej. Boję się mojej własnej śmierci i śmierci moich bliskich. Wzmacnia ten lęk świadomość, że nic mnie przed śmiercią nie uchroni i nic nie uchroni przed śmiercią moich bliskich. A tym, co w owym lęku przed śmiercią najbardziej paraliżujące jest jej zimna, bezwzględna nieuchronność. Każdy zna to uczucie, które często pojawia się w mniej lub bardziej rwącym nurcie naszego życia. Coś, czego się obawialiśmy, właśnie zaszło i żadna siła nie jest w stanie temu zapobiec, żadna siła nie jest w stanie tego zmienić. I przecież nawet w tej zupełnie nie metafizycznej mikroskali jaką jest codzienność, z jej banalną bieganiną, z jej banalnymi problemami w związkach, albo w pracy – poczucie nieodwracalności wywołuje dreszcz niepokoju. A co dopiero, kiedy wyobrazić sobie nieodwracalność absolutną?”.

Hill pisał o sześciu demonach lęku. Jednym z nich jest śmierć. „Dla niektórych ludzi jest to najokrutniejszy ze wszystkich lęków. Straszne obawy przed śmiercią, połączone z rozmyślaniem o niej, można przypisać fanatyzmowi religijnemu. Tak zwani „dzikusi” mniej się lękali śmierci niż ludzie wyżej „ucywilizowani”. Od tysięcy lat człowiek zadaje sobie te same pytania, na które nie ma odpowiedzi: „skąd” i „dokąd” dążymy? Skąd się wziąłem i dokąd zmierzam?

W ciągu dawnych ciemnych wieków najsprytniejsi i najzręczniejsi nie ociągali się z udzielaniem odpowiedzi na te pytania za opłatą.

„Zajdź do mego namiotu, przyjmij moją wiarę, uznaj moje dogmaty, a w zamian wyposażę cię w glejt, z którym pójdziesz po śmierci prosto do nieba” – namawiali różni sekciarze. A jednocześnie grozili: „Jeśli się nie schronisz w moim namiocie, porwie cię diabeł i będziesz płonął w ogniu wiekuistym”.

Myśl o wieczystej karze odbiera zainteresowanie życiem i czyni szczęście niemożliwym. (...) Lęk przed śmiercią nie jest dziś tak powszechny jak był przed powołaniem do życia wielkich uniwersytetów. Ludzie nauki rzucili snop światła na tę sprawę i w dużym stopniu uwolnili mężczyzn i kobiety od lęku przed śmiercią. Młodzi absolwenci uniwersytetów nie są już tak wrażliwi na obrazy ogni piekielnych. Za sprawą biologii, astronomii, geologii i innych nauk przyrodniczych rozproszono w znacznym stopniu ten wywodzący się z mrocznej przeszłości lęk. (...) Śmierć jest przemianą lub przetworzeniem, nie może po śmierci nastąpić nic oprócz długotrwałego, wieczystego, spokojnego snu, a sen nie jest czymś, czego należałoby się obawiać. Dlatego też możesz się raz na zawsze wyzbyć lęku przed śmiercią”. Kiedy ten demon atakuje najczęściej dotyka osoby starsze, ale także – zauważa Hill - i „młodzi często rozmyślają o śmierci zamiast cieszyć się życiem. Jest to zwykle związane z brakiem życiowego celu lub też nieumiejętnością odnalezienia – być może wskutek owego braku celu życiowego – odpowiadającego im zajęcia. Najskuteczniejszym lekarstwem na lęk przed śmiercią –twierdzi Hill – jest gorąca żądza dokonań życiowych, wsparta usługami świadczonymi innym. Człowiek zajęty nie rozmyśla o umieraniu.” Czego i zastępcy szefa działu Społeczenstwo i Media „Newsweeka” szczerze życzę.

Podobnie o śmierci myśli atakowana przez Tomasza Stawiszyńskiego Rhonda Byrne, która pisze: (It is important to remember that we are energy. Einstein told us that. And energy cannot be created or destroyed, it just changes form). Ważne jest, byśmy pamiętali, że jesteśmy energią. To powiedział nam Einstein. Zatem energia nie może być stworzona ani zniszczona, może jedynie zmienić własną formę. Zatem nie ma żadnego powodu, by obawiać się śmierci! Czyż stwierdzenie tego rodzaju nie jest lepsze, i bardziej racjonalne, niż okłamywanie ludzi – nawet w najlepszej intencji - o mającym nastąpić zmartwychwstaniu ciał po śmierci biologicznej i ponownemu „przyjściu Pana” - tym razem na chmurce niebieskiej?

Zarzut 3

To nadinterpretacja wizualizacji pieniędzy. Jakoby piszący o sukcesie twierdzili, że wystarczy samo wyobrażenie pieniędzy na koncie, by te pieniądze się pojawiły (sic!).

Nic bardziej mylnego! Nie znam ani jednego autora tzw. literatury pozytywnego myślenia i sukcesu, który by to twierdził. Rhonda Byrne, tak niemiła Stawiszyńskiemu, twierdzi, że jej intencją jest wzmocnienie ludzi, a nie ich osłabianie. Przesłaniem książki jest odciągniecie ludzi do postrzegania siebie jako ofiary i przekazanie wiedzy, która pomoże im świadomie zmienić swoje życie w taki sposób, w jaki chcą. ("The Secret's" message is to empower people. Its message releases people from feeling like victims and gives them the knowledge to intentionally create their lives the way they want).

Literaturę sukcesu już od czasów Napoleona Hilla charakteryzuje wiara w coś takiego jak mentalność bogatego człowieka - milionera. Przyznawał to sam multimiloner Paul Getty, który w swojej książce „How to be rich” poświęcił cały rozdział temu zagadnieniu (The Millionaire Mentality). „Szczęście, wiedza, ciężka praca – w szczególności ciężka praca – to wszystko, czego potrzebuje człowiek, by stać się milionerem. Ale, ponad wszystko, potrzebuje on czegoś, co możemy nazwać „mentalnością milionera” – twierdzi Getty. Paul Getty nie pisze, że wystarczy wyobrazić sobie miliony na koncie, by być milionerem! Nic podobnego.

Tymczasem Stawiszyński z uporem religijnego fanatyka powtarza: „jeśli próbujemy uciec od świadomości, że rzeczywistość pełna jest cierpienia i zła (skąd my znamy takie teksty? – przyp. mój – WR), to cierpienie i zło prędzej czy później uderzą w nas ze zdwojoną mocą (i skąd takie metafizyczne przekonanie? – przyp. mój – WR). Uderza poczuciem rozczarowania i rozpaczy, kiedy okaże się, że mimo wszystkich usilnych prób przyciągnięcia bogactwa i szczęścia one jednak nie nadeszły”. Cóż zatem innego ma do zaproponowania swoim czytelnikom redaktor „Newsweeka”? Intencja jest chyba łatwa do rozszyfrowania: – Niebo na tym świecie jest tylko dla naiwnych. Nie warto zatem sięgać nawet do tych pseudoduchowych mitologii i marnej intelektualnie literatury, lepiej powrócić do zinstytucjonalizowanej religii i kościoła, żeby znaleźć pocieszenie na cierpienia i zło tego świata. Bo cierpienie, choroby, nędza i grzech jest wszędzie wokół nas... A pieniądze i dobrobyt i tak szczęścia „na tym łez padole” przecież nie dają. Bójmy się zatem śmierci i memento mori... I niech wciąż dzieje się wola Wszechmogącego – nie nasza! My sami nic przecież nie możemy...

Jeśli ja miałbym wybierać, czym lepiej karmić moich smętnych, wiecznie narzekających i negatywnie myślących rodaków: czy nihilizmem, lękającego się śmierci, Stawiszyńskiego, czy jednak bardzo obcą z ducha, i jakoś nie pasującą do stereotypowego wyobrażenia Polaka-cierpiętnika i ofiary – polskiego katolika, literaturą pozytywnego myślenia i sukcesu. Zdecydowanie wybieram pozytywne myślenie i choćby próbę urzeczywistnienia marzeń o sukcesie, dobrobycie, szczęściu i prawdziwym bogactwie na tym jedynym znanym nam świecie. Czyż nie lepsze to, bardziej racjonalne i realne, aniżeli marna pociecha życia wiecznego - obiecywana przez wszystkich synów bożych i proroków - po śmierci i na „tamtym świecie”?

Wojciech Rudny

PS. Tekst wysłałem Racjonaliście, ale Mariusz Agnosiewicz odmówił jego publikacji, bo bronię Byrne; a ona wiadomo irracjonalna jest. W takim razie i ja nie jestem całkiem racjonalny... Wcześniej odmówiono mi także publikacji wywiadu z przedstawicielką YSEE, bo jak to można dziś wierzyć w Bogów greckich??? Co innego w - Wielkiego Architekta Wszechświata. A ja jednak wolę ZEUSA i innych greckich Bogów i Boginie ma się rozumieć (!!!) niż W.A.W., Jehowę, Jezusa i Allacha - nawet razem wziętych!!!

A OTO ORYGINALNA KORESPONDENCJA:

Panie Wojciechu, publikowalem w Racjonaliscie Panskie teksty motywacyjne i o pozytywnym mysleniu. Uwazam za wazne pozytywne myslenie i motywowanie sie do dzialania i pracy, choc z drugiej strony nie na wszystkie mozliwe sposoby. Zas to co Byrne robi to jest skrajnie glupia pseudonauka, ktora wielokrotnie krytykowalismy w Racjonaliscie, gdyz propbuje ona budowac pseudonaukowe teorie dotyczace mechaniki kwantowej, gwalcac podstawowe standardy naukowego i racjonalnego myslenia.
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,6264/q,Sekret.milionow.much
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4934/q,Kwantowa.szarlataneria
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5852/q,Bezmyslne.kwantum
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5800/q,Mistycy.o.mechanice.kwantowej
Poniewaz wsrod moich przyjaciol sa ludzie bardzo roznych swiatopogladow, wiec mialem okazje poznac i Sekret, ale rekomendowali mi go skrajni irracjonalisci, ktorzy wierza w cala mase glupot z astrologia i tarotem na czele.
Sekret chce motywowac przez pseudonaukowe gwalcenie nauki a temu ja jako racjonalista nie moge przyklasnac.

Generalnie wiec popieram Panska krytyke niecheci polskiej do dzialania i samorozwoju, ale do obrony Byrne nie moge sie dolozyc

pozdrawiam
MA


Jeszcze dwa slowa o Byrne:

Ksiazka w Polsce sprzedaje sie swietnie, wiec pseudonauka Byrne nie potrzebuje obrony

Skoda, ze nie przeczytal Pan ksiazki Byrne, moze wowczas nie bronilby jej Pan. Bo przeciez nie chodzi chyba Panu o zastepowaniu moca magicznego myslenia wlasnej pracy, a takie rzeczy ona przekazuje i tak tez jej wierni aplikuja to w zyciu. Nie widze, aby przekladalo sie to u nich na prace, tylko na dobre samopoczucie i wiare, ze bedzie dobrze, bo mysle dobrze. Przykladowo jak mi dowodzono prawdziwosci teorii Byrne: "Odkad zaczelam stosowac Sekret nigdy nie mam problemow z parkowaniem w Warszawie. Po prostu pozytywnie mysle o tym, ze w tym miejscu bedzie wolne. Jade i zawsze jest wolne. Czy to moze byc przypadek?"

1 komentarz:

Mariusz pisze...

No tak ... nic dodać nic ująć. Niestety nie zmienimi ludzi, którzy sami nie chcą się zmienić. Pseudodziennikarstwo, naginanie faktów, publikowanie niesprawdzonych, niezweryfikowanych opini to polska rzeczywistość. Jeszcze większy żal wycinanych drzew ...
A jezus ... cieszy sie zapewne :))))
Pozdrawiam ... i o zgrozo:))) ŻYCZĘ SUKCESU :)))