„Wywiad” z religioznawcą Walterem Friedrichem Otto, autorem rozpraw „Bogowie Grecji” oraz „Dionizos - mit i kult”
- Czy według Pana religia starogrecka miała jakieś cechy wspólne z chrześcijaństwem?
- Nie miała ona nic wspólnego z wyobrażeniami religii izraelsko-chrześcijańskiej. Przeciwnie, religia starogrecka była właśnie tym, czym tamta religia gardziła, była więc politeistyczna, antropomorfizująca, bliska natury, nie całkiem moralna, jednym słowem: była „pogańska”.
- Bogowie olimpijscy, chociaż dziś już prawie nikt w nich poważnie nie wierzy, są jednak wciąż nam bardzo bliscy; dlaczego nie stracili naszego zaufania aż do dzisiaj?
- Mówimy o nich, kiedy chcemy mówić w sposób wzniosły o bycie i świecie. Mimo całego chrześcijaństwa i oświeceniowej nauki: Apollo, Dionizos, Afrodyta, Hermes i inni bogowie są dla nas zawsze świetlanymi, wiele znaczącymi zjawiskami. Choćbyśmy byli dalecy od tego, by poważnie w nich wierzyć, ich wzniosłe spojrzenie pada na nas raz po raz, kiedy tylko wznosimy się ponad wszystko, co jest jedynie „faktem”, i docieramy na wyżyny, gdzie przemieszkują ich boskie postaci. Dlaczego w ten sposób nie mówimy o Izydzie i Ozyrysie, o Indrze i Warunie, o Ahuramazdzie i Arymanie, o Wotanie, Donnarze i Frei?
- Czyż przyczyna tego nie tkwi w naszej europejskiej tradycji humanistycznej?
- Ale tradycja ta nie byłaby w stanie bogów tych, których świątynie zamknięto już przed półtora tysiącem lat, uczynić tak bliskimi naszemu sercu, gdyby ich najgłębsza istota ciągle jeszcze, mimo całego potępienia, nie świadczyła za nimi.
- Czy możemy powiedzieć o bogu greckim, że jest taki sam jak np. bóg żydowski czy muzułmański?
- Bóg grecki nie jest panem, władczą wolą. Jako bóg domaga się uznania i czci, ale nie żąda stronniczości, bezwarunkowego posłuszeństwa, a już w najmniejszym stopniu ślepej wiary. Postawy moralne nie są nakazami jego woli, której człowiek musi się podporządkować, lecz realnościami, które w sobie noszą swą prawdę i wartość, i same przez się budzą szacunek i miłość.
- Przyzna Pan, że bóstwa greckie ukazują człowiekowi prawdziwe bogactwo bytu.
- Każde z nich ukazuje mu to bogactwo na swój szczególny sposób: Apollo ukazuje byt świata w jego czystości i ładzie, istnienie jako poznanie i pieśń przynosząca wiedzę, jako nieskalane przez demoniczne sidła. Jego siostra Artemida objawia inną czystość świata i istnienia, wiecznie dziewiczą, ludyczną i choreiczną, zaprzyjaźnioną ze zwierzętami i radośnie na nie polującą, chłodno odpychającą i porywająco oczarowującą. Z oczu Ateny rozbłyskuje wspaniałość męskiego i znaczącego czynu, wiecznej chwili zwyciężającego wszystko dokonania. W duchu Dionizosa świat jawi się jako praświat, jako prastara dzikość i bezgraniczne upojenie. W imieniu Afrodyty świat staje się złoty, wszystkie rzeczy ukazują oblicze miłości, boskiego cudu, który zaprasza do oddania, do stopienia się i zjednoczenia z ukochaną istotą. Świat, który Hermes ożywia i którym włada, to świat w pełnym znaczeniu tego słowa, czyli cały świat, a nie jakiś fragment całej sumy bytu. Wszystkie rzeczy doń należą, ale jawią się w innym świetle niż w królestwach innych bogów. To, co się wydarza, przybywa jakby spłynęło z nieba i do niczego nie zobowiązuje: to, co się dokonuje, jest przejawem wirtuozerii i jest rozkoszą nieodpowiedzialną. Kto chce tego świata wygranej i łaski jego boga Hermesa, ten niech nie mówi „nie” także stracie, albowiem nie ma jednego bez drugiego.
Moglibyśmy tak ciągnąć jeszcze dalej. Ale te obrazy powinny wystarczyć. Czy nie ukazują one prapostaci nieskończonego życia świata, jego zachwytów i jego ciemnych tajemnic? Rzeczywistości świata nie są więc naprawdę niczym innym, jak bogami, obecnością bogów i ich objawieniami. Każda z nich jest we wszystkich swych sferach i na wszystkich swych stopniach przepełniona Bóstwem, które jawi się zarówno w świecie żywiołów, jak i w królestwie roślin i zwierząt, i ukazuje się w obliczu człowieczym. A każdy z bogów zawsze otwiera przed nami cały świat. Albowiem w jego szczególnym objawieniu zawierają się wszystkie rzeczy.
- Zasadniczo taka wizja świata różni się od semickiego monoteizmu – jedynowładztwa.
- Ta jedność królestwa bogów pod panowaniem Zeusa jako króla i ojca różni się całkowicie od monoteistycznego jedynowładztwa, które ma wokół siebie tylko sługi i pomocników. Wielobóstwo charakteryzujące religię grecką, którym gorszą się innowiercy, nie pozostaje w sprzeczności z monoteizmem, lecz jest, być może, jego najbardziej pomysłową formą.
- Zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że nie można nie doceniać świata bogów w życiu i osiągnięciach kulturowych starożytnych Greków?
- To oni uczynili z Greków i ich kultury, to, czym byli. Wszystkie ich wielce podziwiane dzieła i poznawcze osiągnięcia są w gruncie rzeczy promieniami użyczonego im, i tylko im, objawienia Bóstwa.
- Przyzna Pan, że pierwotnie w religii greckiej, zanim uległa ona wpływom azjatycko-semickich wyobrażeń absolutu, niezbyt dużą wagę przywiązywano do religii jako systemu soteriologicznego?
- Systemy soteriologiczne, idee odnoszące się do nieśmiertelności, wtajemniczenia w misteria i tym podobne zjawiska, które żywo przemawiają do nowożytnej religijności, studiuje się ze świętą powagą, chociaż nie można zaprzeczyć, że były one obce reprezentantom światopoglądu starogreckiego od Homera aż do Pindara i tragików. Ale uprzedzenie pod tym względem jest tak potężne, że obcość tę uważa się za pożałowania godny brak, natomiast specyfikę światopoglądu greckiego traktuje się jako niedojrzały sposób myślenia, którego błędy muszą znaleźć wyjaśnienie w toku rozwoju ludzkiego rozsądku.
- Gdzie więc możemy upatrywać źródeł religii helleńskiej?
- Religia helleńska, jak świadczą o tym dzieje Hindusów, Italików i Germanów, istniała już w czasach indoeuropejskich i została przez Greków przyniesiona z Północy do kraju, z którego praludnością mieli się zmieszać.
- Czytając działa Homera i tragików odnosimy wrażenie, że starożytni
Grecy naprawdę kochali swoich bogów, i nie szukali ich w zaświatach, byli to bowiem bogowie jak najbardziej z tego świata...
- Prawdziwego zrozumienia kultu i mitu greckiego nie może nam dać żadna psychologia ani żadna „logika”, zapewnić nam to może tylko istnienie, samo bycie świata właśnie. Widzieliśmy, czym bogowie olimpijscy mogą być dla człowieka i czym dlań są; jak uspokajają go w troskach ziemskiego istnienia, nie zawsze przez udzielenie mu pomocy czy przez obietnice zbawienia, ale zawsze przez samo swe istnienie, ponieważ jako wszechobecni i działający żyją w stanie szczęśliwości i, beztroscy, świadczą o błogosławionej głębi wszelkiego bytu. Widzieliśmy także, jak kierują wolą człowieka i mają udział w jego zaślepieniu i winie, zgodnie ze swym planem, a jednak nie czynią go niewolnym, lecz udzielają mu daru schronienia i bezpieczeństwa, w których jedynie istnieć może prawdziwa wolność. Tak więc Grek kocha swych bogów, jakkolwiek by z nim postępowali, a jeśli nawet musi zginąć, znajduje pociechę w wizji ich wiecznej doskonałości i szczęśliwości.
Pytał Wojciech Rudny.
Walterem Friedrichem Otto (1874-1958) – jeden z najwybitniejszych filologów i religioznawców, badacz kultury, mitów. Twierdził, że mit to forma objawienia, kult - forma twórczości, której medium i tworzywem jest człowiek. Autor wielkich rozpraw: Bogowie Grecji oraz Zamieszczamy obok pierwszą część wyboru Jerzego Prokopiuka z dzieła Otta - Teofania.
W tekście wykorzystano:
Walter Friedriech Otto „Teofania. Duch religii starogreckiej” (w tłumaczeniu Jerzego Prokopiuka).
Karl Kerenyi, Hermes przewodnik dusz, Warszawa 1993.
niedziela, 27 lipca 2008
O Wielopolskim
W 2. Numerze “Pro Fide, Rege et Lege” z br. znalazł się ciekawy tekst Red. Naczelnego dra Artura Górskiego “Nie w morzu krwi, lecz w pocie czoła – rzecz o Aleksandrze Wielopolskim”. Ten sam, tyle że okrojony tekst, ukazał się na łamach “Naszego Dziennika”, wywołując ostrą, emocjonalną reakcję profesora Jerzego Roberta Nowaka. Nie należy się temu dziwić Wielopolski wzbudzał i będzie wzbudzać rozmaite emocje i oceny potomnych. Ważne by były one podyktowane racjami rozumowymi, a nie uczuciami, które okazać się mogą zawodne. Piszący te słowa też swojego czasu poczynił tekst (pt. “Bronię Wielopolskiego” dla “Myśli Polskiej” w styczniu ubiegłego roku), będący próbą zdarcia z tej nietuzinkowej postaci, jaką był Margrabia Wielopolski, warstwy plwocin, brudu i błota nagromadzonego przez lata, rzucanego przez kolejne pokolenia patriotycznych Polaków. Pisałem, iż “największy bodaj udział w upadku Wielopolskiego mieli sami jego rodacy. To prawda, że nie miał on zwyczaju głaskać tych, którzy sprzeciwiali się jego koncepcji. Jest to jednak w pełni zrozumiałe, bowiem w sytuacjach niebezpiecznych, grożących wybuchem nie stosuje się oględnych środków zapobiegawczych”. Następnie porównałem Margrabiego do surowego ojca, który próbował (“przy użyciu wszelkich środków, jakimi dysponuje”) uratować swe dzieci od niebezpieczeństwa. “Nie daje się dzieciom cukierków – pisałem – kiedy te wolą odurzające narkotyki”. Myślę dziś jednak, że było to zbytnim brązowaniem Wielopolskiego – ojca, który bądź co bądź dopuścił do tego, że jego dzieci w ogóle sięgnęły po “narkotyki”. Dobry ojciec powinien wiedzieć, co robią jego pociechy, zawczasu chronić je przed takim niebezpieczeństwem. Tymczasem Wielopolski popełnił błąd, którego konsekwencje były tragiczne dla wszystkich, nie wyłączając jego samego. Margrabia pogardzał i nienawidził Polaków, jak ojciec, który bądź to pogardza swoim dzieckiem (za ubiór, poglądy, uczesanie – to nie ważne), nie starając się w ogóle go zrozumieć, bądź nienawidzi, kiedy to dziecko, czy już młodzieniec, robi coś, co ojcu przynosi wstyd i hańbę. Taki ojciec sam się dyskwalifikuje. Podobnie i w polityce. Polityk, który ma świetne koncepcje, ale nie potrafi wcielić ich w życie, jest kiepskim politykiem. Takim nieudanym typem polityka był niestety Margrabia. Żadne frazesy o słuszności jego programu nie zmienią tego, iż w rezultacie jego program zawiódł – i nie z winy tylko powstania (inni wolą zwać je rewolucją), “czerwieńców”, ale i jego samego.
Wielopolski nie był skuteczny ani jako dyplomata (już w Londynie w czasach rewolucji listopadowej Talleyrand chwaląc inteligencję młodego polskiego arystokraty, Wielopolskiego, stwierdził jednak, iż dyplomaty to z niego nie będzie), ani jako kierownik nawy państwowej przed wybuchem antyrosyjskiego powstania 1863 roku. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, iż w ocenie tak ziemskiej dziedziny, jaką jest polityka, skuteczność liczy się przede wszystkim - o tym nie powinniśmy nigdy zapominać.
Trzeba zgodzić się z Dmowskim, że nawet “przy najlepszym planie zbawienia ojczyzny, mieć pretensję, że są tacy w ojczyźnie, co nas nie rozumieją, czy nie chcą rozumieć, co nam przeszkadzają – jest rzeczą śmieszną. Polityka nie jest tylko sztuką myślenia, ale i działania. Trzeba nie tylko się zdobyć na dobrą myśl, ale umieć ją w płodny czyn wcielić. Ten tylko może w polityce coś zrobić, kto nie boi się zwalczać przeszkód stojących mu na drodze. Smutna i godna politowania jest rola tych, którzy mówią: chciałem dobrze, ale mi nie pozwolili. Nieprawdą jest, że dla Polski można coś zrobić, ale z Polakami nigdy”. Wielopolski zwalczał przeszkody stojące mu na drodze, zgoda, ale robił to albo nieumiejętnie, albo za późno. Postępował tak jakby nie znał własnego społeczeństwa, jego duszy i instynktów. Nie koncepcja Wielopolskiego była zła, wadliwa, szkodliwa i niebezpieczna, jak twierdzą niektórzy, ale jej wykonanie. Była to fuszerka, gdyby tak nie było, to koncepcja jego zostałaby zrealizowana z korzyścią i dla niego, i dla Polski. Albowiem “żałosnym fiaskiem musi się skończyć każda polityka wbrew opinii publicznej” (J. Milewski). Tymczasem Wielopolski chciał robić “politykę polską” wbrew Polakom (niedostatecznie uświadomionym co do jej celów); nie nadając polskiemu społeczeństwu właściwej organizacji politycznej, bo przecież na równouprawnionych Żydach - i tylko na nich - oprzeć się nie mógł! Co więcej Wielopolski uprawiał politykę nieustannie drażniąc polską opinię publiczną. To zauważył nawet człowiek takiego formatu jak arcybiskup Feliński. Wielopolski sam będąc Słowianinem i Polakiem, zlekceważył sobie słowiańską i polską duszę, którą przecież łatwiej złamać niż ugiąć. Taki sam był Margrabia, ktoś musiał ulec. W rezultacie przegrali wszyscy i Wielopolski, i polscy powstańcy. Kto zwyciężył? Warto w tym miejscu zacytować Jana Łukasza Borkowskiego, który pisać postanowił, jak twierdzi, “bo w historii ludów wszystkie nieszczęścia mają swoją ciągłość. Jedna katastrofa wypływa z drugiej i sądzę, że powstanie nasze z roku 1863 – tyle dla nas smutne w następstwa, w historii ogólnej jest dużego znaczenia. Od niego zaczyna się wielkość Niemiec, bo powstanie nasze ułatwiło wojnę i zwycięstwom Szlezwiku – czego następstwem były: Sadowa, Sedan – a w dalszym ciągu obecna wojna” (zob. “Spiskowcy i partyzanci 1863 roku”, pod red. S. Kieniewicza, Warszawa 1967, s. 173). O gdybyż tak daleko widzieć mogli nasi insurgenci już przed powstaniem!
Wymyślanie Margrabiemu, który znał ówczesne położenie Polski, a nie potrafił zapobiec katastrofie, nic już dzisiaj nie pomoże. Dość już takich było patriotów, ciskających w jego stronę epitety i inwektywy. Rzecz w tym, by poznać wreszcie i jego mocne strony - godne prawdziwego męża stanu, a nade wszystko - trzeźwą ocenę sytuacji międzynarodowej i na niej zbudowaną koncepcję polityczną. Do niej przecież po latach nawiązać miał polski obóz narodowy - Narodowa Demokracja, która nadała polskiemu społeczeństwu – wszystkich zaborów – polityczną organizację. Endecja potrafiła jakoś (z pewnymi wyjątkami oczywiście) przekonać ogół Polaków, co do konieczności oparcia się o Rosję. Potrafiła uleczyć nas z samobójczych wypadów powtarzających się periodycznie i naród w ręce Paskiewiczów i Stołypinów oddających. Nie kto inny, ale przywódcy endecji, co prawda śladem konserwatystów, wystąpili ze “straceńczą odwagą Miniszewskich” - ale w jakże zmienionych warunkach ! – z krytyką naszych zrywów przeciwko Rosji. Mogli sobie na to pozwolić, bo mieli własną organizację (polską - tak naprawdę niezależną od obcych wpływów) i grunt mentalny przez nią przygotowany. Można też było, jak się okazało, uleczyć gros Polaków z “choroby na Moskala”. Przy czym równie dobrze “pacjentem” tym mógł być i polski arystokrata, i polski chłop czy mieszczanin. Stąd nasuwa się nam wniosek, iż nie można robić polskiej polityki bez Polaków, wbrew ogółowi polskiemu i drażniąc Polaków. Taka polityka musi przynieść - jeśli nie katastrofę - to na pewno złe owoce. Taką niestety była polityka Margrabiego Wielopolskiego. Koncepcja, jak już powiedziano właściwa, nie znalazła dla swej realizacji skutecznych środków – te użyte przez Margrabiego – całkowicie zawiodły. Dlatego pochylmy czoła nad tym co było wielkie w Margrabim Wielopolskim, ale i nie brązowmy go, albowiem w działaniu, pomimo dobrych intencji, Wielopolski się nie sprawdził, i jako polityk nie może być wzorem do naśladowania dla potomnych. Nie znaczy to wcale, że rację mieli powstańczy kauzyperdzi i ich należałoby naśladować! Wręcz przeciwnie – tam nie było żadnej myśli – poza niewątpliwą gotowością do ofiar i bohaterstwem godnym najwyższej pochwały. Rzecz w tym, by polski heroizm miał i polityczne zastosowanie – w naszym, a nie obcych, wrogich Polsce potęg interesie. W przeciwnym wypadku zawsze to będzie heroizm dla polskiej sprawy nieużyteczny, zmarnowany, a wręcz szkodliwy!
Co więcej - casus Wielopolskiego uczy nas, że politykowi nie wolno, pod żadnym pozorem, nie doceniać przeciwnika, choćby nawet ukrywał się bez broni - w lasach, a nade wszystko, jeśli jest politykiem polskim, nie powinien nigdy tracić wiary w Polskę i Polaków!
Swego czasu Jerzy Łojek (zdecydowany krytyk wszelkich poczynań Wielopolskiego - z czym trudno się zgodzić) nawoływał, a było to już ponad 40. lat temu, by “ wybrać raz na zawsze, konkretnie, zdecydowanie i konsekwentnie, do jakich tradycji historycznych nawiązujemy, jakie idee kontynuujemy, za czyich spadkobierców się uważamy”. Sam proponował Jasińskich, Łukasińskich, Dembowskich, Kamieńskich, Dąbrowskiego i Traugutta wreszcie. Dla Stanisława Augusta, Wielopolskich, Dmowskich, Bocheńskich nie było już miejsca w Łojkowej tradycji historycznej - mieli być wyrzuceni poza jej nawias - jako przedstawiciele polskiej “reakcji” i “quislingizmu”. Z taką rewolucyjną wizją naszej historii – wszyscy zdrowo myślący – zgodzić się nie mogą. Chcemy czerpać z naszych “tradycji powstańczych – jak mawia Aleksander Bocheński – tylko bohaterstwo i zdolność do bezgranicznych ofiar, bez której to zdolności nie może być żadnej polityki w ogóle. Odrzucamy “namiętne” (...) planowanie polityczne, i tu wybieramy tradycje zimnej, ostrożnej, odpowiedzialnej i dalekosiężnej kalkulacji politycznej Czartoryskich, Poniatowskich, Lubeckich, Wielopolskich, Gołuchowskich i Dmowskich”. Synkretyzm taki, jaki zaproponował autor “Dziejów głupoty w Polsce”, może nam wyjść tylko na dobre!
Wielopolski nie był skuteczny ani jako dyplomata (już w Londynie w czasach rewolucji listopadowej Talleyrand chwaląc inteligencję młodego polskiego arystokraty, Wielopolskiego, stwierdził jednak, iż dyplomaty to z niego nie będzie), ani jako kierownik nawy państwowej przed wybuchem antyrosyjskiego powstania 1863 roku. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, iż w ocenie tak ziemskiej dziedziny, jaką jest polityka, skuteczność liczy się przede wszystkim - o tym nie powinniśmy nigdy zapominać.
Trzeba zgodzić się z Dmowskim, że nawet “przy najlepszym planie zbawienia ojczyzny, mieć pretensję, że są tacy w ojczyźnie, co nas nie rozumieją, czy nie chcą rozumieć, co nam przeszkadzają – jest rzeczą śmieszną. Polityka nie jest tylko sztuką myślenia, ale i działania. Trzeba nie tylko się zdobyć na dobrą myśl, ale umieć ją w płodny czyn wcielić. Ten tylko może w polityce coś zrobić, kto nie boi się zwalczać przeszkód stojących mu na drodze. Smutna i godna politowania jest rola tych, którzy mówią: chciałem dobrze, ale mi nie pozwolili. Nieprawdą jest, że dla Polski można coś zrobić, ale z Polakami nigdy”. Wielopolski zwalczał przeszkody stojące mu na drodze, zgoda, ale robił to albo nieumiejętnie, albo za późno. Postępował tak jakby nie znał własnego społeczeństwa, jego duszy i instynktów. Nie koncepcja Wielopolskiego była zła, wadliwa, szkodliwa i niebezpieczna, jak twierdzą niektórzy, ale jej wykonanie. Była to fuszerka, gdyby tak nie było, to koncepcja jego zostałaby zrealizowana z korzyścią i dla niego, i dla Polski. Albowiem “żałosnym fiaskiem musi się skończyć każda polityka wbrew opinii publicznej” (J. Milewski). Tymczasem Wielopolski chciał robić “politykę polską” wbrew Polakom (niedostatecznie uświadomionym co do jej celów); nie nadając polskiemu społeczeństwu właściwej organizacji politycznej, bo przecież na równouprawnionych Żydach - i tylko na nich - oprzeć się nie mógł! Co więcej Wielopolski uprawiał politykę nieustannie drażniąc polską opinię publiczną. To zauważył nawet człowiek takiego formatu jak arcybiskup Feliński. Wielopolski sam będąc Słowianinem i Polakiem, zlekceważył sobie słowiańską i polską duszę, którą przecież łatwiej złamać niż ugiąć. Taki sam był Margrabia, ktoś musiał ulec. W rezultacie przegrali wszyscy i Wielopolski, i polscy powstańcy. Kto zwyciężył? Warto w tym miejscu zacytować Jana Łukasza Borkowskiego, który pisać postanowił, jak twierdzi, “bo w historii ludów wszystkie nieszczęścia mają swoją ciągłość. Jedna katastrofa wypływa z drugiej i sądzę, że powstanie nasze z roku 1863 – tyle dla nas smutne w następstwa, w historii ogólnej jest dużego znaczenia. Od niego zaczyna się wielkość Niemiec, bo powstanie nasze ułatwiło wojnę i zwycięstwom Szlezwiku – czego następstwem były: Sadowa, Sedan – a w dalszym ciągu obecna wojna” (zob. “Spiskowcy i partyzanci 1863 roku”, pod red. S. Kieniewicza, Warszawa 1967, s. 173). O gdybyż tak daleko widzieć mogli nasi insurgenci już przed powstaniem!
Wymyślanie Margrabiemu, który znał ówczesne położenie Polski, a nie potrafił zapobiec katastrofie, nic już dzisiaj nie pomoże. Dość już takich było patriotów, ciskających w jego stronę epitety i inwektywy. Rzecz w tym, by poznać wreszcie i jego mocne strony - godne prawdziwego męża stanu, a nade wszystko - trzeźwą ocenę sytuacji międzynarodowej i na niej zbudowaną koncepcję polityczną. Do niej przecież po latach nawiązać miał polski obóz narodowy - Narodowa Demokracja, która nadała polskiemu społeczeństwu – wszystkich zaborów – polityczną organizację. Endecja potrafiła jakoś (z pewnymi wyjątkami oczywiście) przekonać ogół Polaków, co do konieczności oparcia się o Rosję. Potrafiła uleczyć nas z samobójczych wypadów powtarzających się periodycznie i naród w ręce Paskiewiczów i Stołypinów oddających. Nie kto inny, ale przywódcy endecji, co prawda śladem konserwatystów, wystąpili ze “straceńczą odwagą Miniszewskich” - ale w jakże zmienionych warunkach ! – z krytyką naszych zrywów przeciwko Rosji. Mogli sobie na to pozwolić, bo mieli własną organizację (polską - tak naprawdę niezależną od obcych wpływów) i grunt mentalny przez nią przygotowany. Można też było, jak się okazało, uleczyć gros Polaków z “choroby na Moskala”. Przy czym równie dobrze “pacjentem” tym mógł być i polski arystokrata, i polski chłop czy mieszczanin. Stąd nasuwa się nam wniosek, iż nie można robić polskiej polityki bez Polaków, wbrew ogółowi polskiemu i drażniąc Polaków. Taka polityka musi przynieść - jeśli nie katastrofę - to na pewno złe owoce. Taką niestety była polityka Margrabiego Wielopolskiego. Koncepcja, jak już powiedziano właściwa, nie znalazła dla swej realizacji skutecznych środków – te użyte przez Margrabiego – całkowicie zawiodły. Dlatego pochylmy czoła nad tym co było wielkie w Margrabim Wielopolskim, ale i nie brązowmy go, albowiem w działaniu, pomimo dobrych intencji, Wielopolski się nie sprawdził, i jako polityk nie może być wzorem do naśladowania dla potomnych. Nie znaczy to wcale, że rację mieli powstańczy kauzyperdzi i ich należałoby naśladować! Wręcz przeciwnie – tam nie było żadnej myśli – poza niewątpliwą gotowością do ofiar i bohaterstwem godnym najwyższej pochwały. Rzecz w tym, by polski heroizm miał i polityczne zastosowanie – w naszym, a nie obcych, wrogich Polsce potęg interesie. W przeciwnym wypadku zawsze to będzie heroizm dla polskiej sprawy nieużyteczny, zmarnowany, a wręcz szkodliwy!
Co więcej - casus Wielopolskiego uczy nas, że politykowi nie wolno, pod żadnym pozorem, nie doceniać przeciwnika, choćby nawet ukrywał się bez broni - w lasach, a nade wszystko, jeśli jest politykiem polskim, nie powinien nigdy tracić wiary w Polskę i Polaków!
Swego czasu Jerzy Łojek (zdecydowany krytyk wszelkich poczynań Wielopolskiego - z czym trudno się zgodzić) nawoływał, a było to już ponad 40. lat temu, by “ wybrać raz na zawsze, konkretnie, zdecydowanie i konsekwentnie, do jakich tradycji historycznych nawiązujemy, jakie idee kontynuujemy, za czyich spadkobierców się uważamy”. Sam proponował Jasińskich, Łukasińskich, Dembowskich, Kamieńskich, Dąbrowskiego i Traugutta wreszcie. Dla Stanisława Augusta, Wielopolskich, Dmowskich, Bocheńskich nie było już miejsca w Łojkowej tradycji historycznej - mieli być wyrzuceni poza jej nawias - jako przedstawiciele polskiej “reakcji” i “quislingizmu”. Z taką rewolucyjną wizją naszej historii – wszyscy zdrowo myślący – zgodzić się nie mogą. Chcemy czerpać z naszych “tradycji powstańczych – jak mawia Aleksander Bocheński – tylko bohaterstwo i zdolność do bezgranicznych ofiar, bez której to zdolności nie może być żadnej polityki w ogóle. Odrzucamy “namiętne” (...) planowanie polityczne, i tu wybieramy tradycje zimnej, ostrożnej, odpowiedzialnej i dalekosiężnej kalkulacji politycznej Czartoryskich, Poniatowskich, Lubeckich, Wielopolskich, Gołuchowskich i Dmowskich”. Synkretyzm taki, jaki zaproponował autor “Dziejów głupoty w Polsce”, może nam wyjść tylko na dobre!
Ks. III Iliada 191-202
Postrzegłszy Ulissesa, znowu starzec powie:
„Naucz mię, córko miła, jak się ten mąż zowie,
Co głową całą niższy od Agamemnona,
Ale piersi ma większe i szersze ramiona.
Jego zbroja na ziemi wszystkorodnej leży,
On jak baran obiega zastępy młodzieży.
Równam go z wodzem trzody, bo w takiej postawie,
Z świetnym runem, obchodzi owce na murawie”.
Na to piękna Helena ojcu odpowiada:
„To jest mądry Ulisses, co w Itace włada.
Grunt jego ziemi dla skał wcale nieużyty,
„Naucz mię, córko miła, jak się ten mąż zowie,
Co głową całą niższy od Agamemnona,
Ale piersi ma większe i szersze ramiona.
Jego zbroja na ziemi wszystkorodnej leży,
On jak baran obiega zastępy młodzieży.
Równam go z wodzem trzody, bo w takiej postawie,
Z świetnym runem, obchodzi owce na murawie”.
Na to piękna Helena ojcu odpowiada:
„To jest mądry Ulisses, co w Itace włada.
Grunt jego ziemi dla skał wcale nieużyty,
Lecz on sam w mądre rady i sztuki obfity”.
sobota, 26 lipca 2008
PRZYDOMKI HERMESA

ACACE'SIUS (Akakêsios), Homer (Il. XVI. 185; od. XXIV. 10) akakêta (akakêtês). Some writers derive it from the Arcadian town of Acacesium, in which he was believed to have been brought up by king Acacus; others from kakos, and assign to it the meaning: the god who cannot be hurt, or who does not hurt.
AGE'TOR (Agêtôr), nazwisko podane do kilku bogów, na przykład, do Zeusa w Lacedaemon (Stob. Sermo. 42): nazwa wydaje się opisać Zeus jako lider i władca ludzi, ale inni uważam, że jest synonimem Agamemnon: - Apollo (Eurip. Med. 426), gdzie jednak Elmsley i inni wolą halêtôr: - Hermes, którzy prowadzą dusze ludzi z niższych świat. Under this name Hermes had a statue at Megalopolis. W ramach tej nazwie Hermes miał posąg w Megalopolis. (Paus. viii. 3. § 4.) (Viii Paus.. 3. § 4).
AGLAOS beautiful, famous
AGE'TOR (Agêtôr), nazwisko podane do kilku bogów, na przykład, do Zeusa w Lacedaemon (Stob. Sermo. 42): nazwa wydaje się opisać Zeus jako lider i władca ludzi, ale inni uważam, że jest synonimem Agamemnon: - Apollo (Eurip. Med. 426), gdzie jednak Elmsley i inni wolą halêtôr: - Hermes, którzy prowadzą dusze ludzi z niższych świat. Under this name Hermes had a statue at Megalopolis. W ramach tej nazwie Hermes miał posąg w Megalopolis. (Paus. viii. 3. § 4.) (Viii Paus.. 3. § 4).
AGLAOS beautiful, famous
AGO'NIUS (Agônios), nazwisko lub epitet wielu bogów. Aeschylus (Agam. 513) and Sophocles (Trach. 26) use it of Apollo and Zeus, and apparently in the sense of helpers in struggles and contests. Aeschylus (Agam. 513) i Sofoklesa (Trach. 26) korzystać z Apollo i Zeusa, a najwyraźniej w tym sensie, w zmaganiu się z pomocnikami i konkursy. (Comp. Eustath. ad Il. p. 1335.) But Agonius is more especially used as a surname of Hermes, who presides over all kinds of solemn contests. (Comp. Eustath. Reklamy Il. Str. 1335). Agonius Ale jest szczególnie używany jako nazwisko Hermes, którzy Przewodniczącym wszelkiego rodzaju uroczyste konkursów. (Agônes, Paus. v. 14. § 7; Pind. Olymp. vi. 133, with the Schol.) (Agônes, Paus. Łk 14. § 7; Pind. Olymp. Vi. 133, z Uczeń).
AGORAEUS and AGORAEA (Agoraia and Agoraios), are epithets given to several divinities who were considered as the protectors of the assemblies of the people in the agora, such as Zeus (Paus. iii. 11. § 8, v. 15. § 3), Athena (iii. 11. § 8), Artemis (v. 15. § 3), and Hermes.
AGORAEUS i AGORAEA (Agoraia i Agoraios), są epitety uwagę na kilka divinities którzy zostali uznani za ochraniacze na zespoły ludzi w agora, takich jak Zeus (iii Paus.. 11. § 8, V. 15. § 3 ), Atena (III. 11. § 8), Artemis (Łk 15. § 3), Hermes. (i. 15. § 1, ii. 9. § 7, ix. 17. § 1.) As Hermes was the god of commerce, this surname seems to have reference to the agora as the market-place. (15 i.. § 1, II. 9. § 7, IX 17.. 1 pkt.) Jak Hermes był bogiem handlu, w tym nazwisko wydaje się odniesienie do agora w rynku.
ALKIMOS brave, stout
ARCAS (Arkas). ARCAS (Arkas). A surname of Hermes. A nazwisko Hermes. (Lucan, Phars. ix. 661; Martial, ix. 34. 6.) (Lucan, Phars. Ix. 661; Martial, IX. 34. 6).
ARGEIPHONTES (Argeiphontês), a surname of Hermes, by which he is designated as the murderer of Argus Panoptes. ARGEIPHONTES (Argeiphontês), nazwisko Hermesa, który jest wyznaczony jako zabójcą ARGUS Panoptes. (Hom. Il. ii 103, and numerous other passages in the Greek and Latin poets.) (Hom. Il. Ii 103, i wiele innych fragmentów w Grecki i łacina poetów.)
Zob. http://www.theoi.com%20&%20william/ & William G. Doty article
piątek, 25 lipca 2008
HIPPONAKS o HERMESIE

W głos syna Mai przyzywał Kylleny władykę:
„Psów dusicielu, meoński Kandaulu, Hermesie,
Druhu złodziei, przybywaj tu do mnie z pomocą”.
„Psów dusicielu, meoński Kandaulu, Hermesie,
Druhu złodziei, przybywaj tu do mnie z pomocą”.
***
Hermesie Kylleńczyku, drogi mój Hermesie,
Do Ciebie, synu Mai, modlę się, bo z zimna
Drżę cały i zębami szczękam bez ustanku.
Daj płaszcz Hipponaksowi i kaftanik jakiś,
Sandałki, ciepłe botki – i staterów złota
Zza ściany, od sąsiada, przynieś mu sześćdziesiąt!
Wiersze przełożył Jerzy Danielewicz
Do Ciebie, synu Mai, modlę się, bo z zimna
Drżę cały i zębami szczękam bez ustanku.
Daj płaszcz Hipponaksowi i kaftanik jakiś,
Sandałki, ciepłe botki – i staterów złota
Zza ściany, od sąsiada, przynieś mu sześćdziesiąt!
Wiersze przełożył Jerzy Danielewicz
Ιθάκη

Σα βγεις στον πηγαιμό για την Ιθάκη,να εύχεσαι νάναι μακρύς ο δρόμος,
γεμάτος περιπέτειες, γεμάτος γνώσεις.
Τους Λαιστρυγόνας και τους Κύκλωπας,
τον θυμωμένο Ποσειδώνα μη φοβάσαι,
τέτοια στον δρόμο σου ποτέ σου δεν θα βρεις,
αν μεν' η σκέψις σου υψηλή, αν εκλεκτήσυγκίνησις το πνεύμα και το σώμα σου αγγίζει.
Τους Λαιστρυγόνας και τους Κύκλωπας,τον άγριο Ποσειδώνα δεν θα συναντήσεις,
αν δεν τους κουβανείς μες στην ψυχή σου,αν η ψυχή σου δεν τους στήνει εμπρός σου.
αν δεν τους κουβανείς μες στην ψυχή σου,αν η ψυχή σου δεν τους στήνει εμπρός σου.
Να εύχεσαι νάναι μακρύς ο δρόμος.
Πολλά τα καλοκαιρινά πρωϊά να είναιπου με τι ευχαρίστησι, με τι χαράθα μπαίνεις σε λιμένας πρωτοειδωμένους,να σταματήσεις σ' εμπορεία Φοινικικά,
και τες καλές πραγμάτειες ν' αποκτήσεις,σεντέφια και κοράλλια, κεχριμπάρια κ' έβενους,
και ηδονικά μυρωδικά κάθε λογής,όσο μπορείς πιο άφθονα ηδονικά μυρωδικά,
σε πόλεις Αιγυπτιακές πολλές να πας,
να μάθεις και να μάθεις απ' τους σπουδασμένους.
Πάντα στον νου σου νάχεις την Ιθάκη.
Το φθάσιμον εκεί ειν' ο προορισμός σου.
Αλλά μη βιάζεις το ταξείδι διόλου.
Καλλίτερα χρόνια πολλά να διαρκέσεικαι γέρος πια ν' αράξεις στο νησί,
πλούσιος με όσα κέρδισες στο δρόμο,μη προσδοκώντας πλούτη να σε δώσει η Ιθάκη.
Η Ιθάκη σ'έδωσε τ' ωραίο ταξείδι.Χωρίς αυτήν δεν θάβγαινες στον δρόμο.
Άλλα δεν έχει να σε δώσει πια.
Κι αν πτωχική την βρεις, η Ιθάκη δε σε γέλασε.
Έτσι σοφός που έγινες, με τόση πείρα,
ήδη θα το κατάλαβες οι Ιθάκες τι σημαίνουν.
Κωνσταντίνος Π. Καβάφης

Jeżeli do Itaki wędrować zamierzasz,życzyć sobie winieneś, by długa była wędrówka,
pełna przygód i doświadczeń.
Nie obawiaj się Lestrygonów i Cyklopów ani gniewnego Posejdona.
Nigdynie spotkasz ich na swojej drodze,
jeżeli myśli twe będą wysokiei jeśli nigdy ani ducha twego, ani ciałanie dotkną pospolite uczucia.
Ani Lestrygonów, ani Cyklopów, ani Posejdona szalonego nie ujrzysz nigdy,
jeżeli ich nie kryjesz w głębi własnej duszy,
Jeśli własna twa dusza nie wznieci ich przed tobą.
Życzyć sobie winieneś, by długa była wędrówka.
Oby wiele było poranków letnich,
w których - z jakąż rozkoszą,
z jakąż radością! - będziesz podpływał do portów przedtem ci jeszcze nie znanych.
W stacjach handlowych Fenicjan zatrzymywać się musisz,
aby kupić piękne towary,
perły i korale, bursztyn i heban,
wszelkie gatunki rozkosznych wonności,
ile tylko zdołasz rozkosznych wonności znaleźć.
Musisz odwiedzić wiele miast egipskich,
by uczyć się i jeszcze uczyć - od tych, co wiedzą.
Nie wolno ci nigdy zapomnieć o Itace,
dotarcie do niej bowiem jest twoim przeznaczeniem.
Ale bynajmniej nie spiesz się w podróży.
Lepiej, by podróż trwała wiele lat,
abyś stary już był, gdy dotrzesz do swej wyspy,bogaty we wszystko, co zdobyłeś po drodze,
nie oczekując wcale, by Itaka dała ci bogactwa.
Itaka dała ci tę piękną podróż,
bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już dać nie może.
I choćbyś ujrzał, że jest biedna - nie oszukała cię Itaka.
Wróciwszy tak mądry, po tylu doświadczeniach,
zrozumiesz prawdziwie, co to jest Itaka.
sobota, 19 lipca 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)





